Moskwa

Wydaje mi się, że bardzo dużą wartością podróżowania jest możliwość weryfikacji na własnej skórze stereotypów. Generalnie uważam się za osobę dosyć otwartą, ale jak bardzo otwarci byśmy nie byli pewne stereotypy zakorzeniają się w głowie mimowolnie i niestety bardzo głęboko. Nie ukrywam, że naszej wyprawie towarzyszyło (przynajmniej mi) sporo obaw. Sporo oczywiście towarzyszy nadal. Starałem się odpędzać te myśli, ale jednak wyobraźnia robi swoje i rysowałem sobie różne scenariusze w których zaraz po wjeździe do Moskwy zostajemy napadnięci, okradzeni przez bandy młodzieńców ćwiczących regularnie słowiańskie przykuce, a następnie staranowani przez rosyjskich kierowców kamazów i innych ład.

Nie chcę zapeszać i pisząc to odpukuję w niemalowane (hotelik nasz jest cały z pięknych drewnianych bal więc mam w co pukać), ale jak do tej pory moje wyobrażenia nie mogły być chyba bardziej dalekie od rzeczywistości. Przez ten krótki bo krótki, ale intensywny czas w Rosji spotkaliśmy się jedynie z życzliwością ludzi i mam nadzieję, że tak pozostanie do wyjazdu.

Moje obawy zostały zweryfikowane dość wcześnie. Rano wybraliśmy się na śniadanie. W obawie przed wyimaginowaną kradzieżą zabrałem do plecaka kasetkę z całą gotówką na dwumiesięczny wyjazd. Zjedliśmy śniadanie i wesoło pomaszerowaliśmy do samochodu zrobić drobny remanent i przynieść trochę rzeczy do pokoju. Nie było nas z 15-20 minut. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po powrocie do hotelu zastałem swój plecak z kasetką… czekający na nas na recepcji. Oczywiście zapomniałem go z restauracji, a miła obsługa odstawiła wszystko nietknięte żeby się przypadkiem nie zgubiło. Tyle w temacie strasznych Rosjan.

Sama Moskwa też zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie. Czasu nie było dużo więc głównie szwendaliśmy się po okolicy Placu Czerwonego. Przypadkowo trafiliśmy na jakiś duży koncert o charakterze religijnym. Przed koncertem ważny hierarcha (tak przynajmniej wyglądał) wygłosił piękną mowę do narodu rosyjskiego. Nie obyło się też bez peanów pod adresem wujaszka Wołodii.

Nie wiem, na ile jest to zasługą zbliżających się mistrzostw, ale miasto utrzymane jest w super porządku i czystości, choć w wielu miejscach widać jeszcze prace wykończeniowe. Największe wrażenie zrobiła na mnie organizacja transportu publicznego. Metrem dojechać można absolutnie wszędzie a pociągi jeżdżą nawet w kilkudziesięciosekundowych odstępach. Niektóre stacje to istne dzieła sztuki. Gdzie nie dojeżdża metro, tam jeżdżą małe busiki. Mimo ciasnoty i drobnych niewygód wszyscy są bardzo uprzejmi. Kierowca bez skrzywienia staje po pasażerów oczekujących pomiędzy przystankami, lub wypuszcza innych tam, gdzie im wygodnie. Nie psioczy na płatność gotówką i dziwnym trafem potrafi przyjąć zapłatę od pasażerów, jednocześnie jadąc pięciopasmową drogą. Da się?

Spore wrażenie robią też rozsiane po mieście pomniki i inne charakterystyczne budowle. Czuć w tym wszystkim imperialistyczny styl, czyli „dużo i z rozmachem”. Najbardziej podobał mi się 100 metrowy Pomnik Zdobywców Kosmosu. Mieliśmy też okazję odwiedzić samo muzeum, które gorąco polecam wszystkim zainteresowanym tematem. Julka tylko krzywiła się na widok wypchanych Biełki i Striełki…

Zostały nam 3 ostatnie dni w Rosji i nieco ponad 1600km do przebycia. Pobudka wcześnie rano, żeby ominąć jeszcze poranne korki. Liczę, że pozostała część podróży przez Rosje minie nam co najmniej równie dobrze. Trzymajcie kciuki!