Pamir Highway

Droga przez Autostadę Pamirską nie należała do najłatwiejszych, głównie ze względu na jakość nawierzchni. O ile pierwsze kilkadziesiąt kilometrów od granicy to całkiem znośny jeszcze asfalt, o tyle później robi się już gorzej. Niekiedy droga jest szutrowa, niekiedy asfaltowa z wielkimi dziurami i brakującymi kawałkami. Na szutrach często występuje nieznośna „tarka”, która przy nieco tylko szybszej jeździe powoduje wypadanie plomb z zębów. Do tego pyli się okropnie, więc ciężko jechać za drugim samochodem. Po chwili, mimo zamkniętych okien, pył wchodził dosłownie wszędzie.

W czasie całego dnia na trasie spotkać można pojedyncze samochody, motocykle a także rowerzystów. Większość z podróżnych to turyści, którzy pragną na własne oczy zobaczyć uroki wysokich gór Pamiru. Najwięcej szacunku budzili we mnie rowerzyści, którzy niezmordowani pedałowali przez te góry przez setki kilometrów. Większa część trasy znajduje się na wysokościach od 3 do ponad 4 tysięcy metrów. Na takiej wysokości przeciętny człowiek szybko dostaje zadyszki przy podejściu pod nieco bardziej stromą górkę celem udania się na stronę. Człowiek mojej kondycji dostaje tej zadyszki w połowie wspomnianej drogi. Dlatego też czasem staraliśmy się nieco wspomóc rowerzystów – poczęstować jakimś smakołykiem czy dać im butelkę wody.

Ciekawa była też pogoda. Było jednocześnie i zimno i gorąco. Temperatury powietrza nie były wysokie. Od kilku stopni rano, przez kilkanaście stopni wczesnym popołudniem po temperatury w okolicach zera stopni w nocy. Odczuwalnie najcieplej było jednak rano, kiedy powietrze już odrobinę się nagrzało a nie wiał jeszcze wiatr. Słońce operowało tak mocno, że bardzo szybko robiło się gorąco i bardzo łatwo można się było opalić. Wystarczyło jednak choć na chwilę schować się w cieniu, by na ciele pojawiła się gęsia skórka. Później, pomimo wyższych temperatur, wzmagał się silny wiatr a wieczorem było już naprawdę zimno. Po południu i wieczorem czasem padał też przelotny deszcz. Taki scenariusz pogodowy towarzyszył nam przez większą część podróży przez Trakt Pamirski.

Niedaleko za jeziorem Kara-Kul, nad którym spędzaliśmy poprzednią noc, znajduje się przełęcz Ak-Baital. Jest to najwyższy punkt na trasie Autostrady Pamirskiej i najwyższy punkt naszej podróży – 4655 mnpm. Taka wysokość jest już dość mocno odczuwalna zarówno przez ludzi, jak i samochody. Szczególnie, kiedy przebywa się na niej przez dłuższy czas. Lekko ćmiący ból głowy już nam przeszedł, ale organizm na tej wysokości męczył się zdecydowanie szybciej. Samochody za to straciły sporą część swojej mocy a przy każdym naciśnięciu pedału gazu zostawiały za sobą kłęby gęstego, czarnego dymu. Jechały jednak dzielnie dalej.

Po przejechaniu przełęczy Ak-Baital następnym większym punktem na naszej trasie było miasteczko Murghab. Ostatnia większa osada aż do miasta Khorog kilkaset kilometrów dalej. W Murghabie musieliśmy więc uzupełnić zapasy jedzenia, wody oraz paliwa. Z tym ostatnim wyszedł nie mały problem. Na żadnej stacji benzynowej nie mogliśmy dostać paliwa do diesla – „saljarki niet”. Słowa „stacja benzynowa” też były nieco na wyrost. W większości przypadków były to lepianki ze stojącą obok beczką z paliwem, ewentualnie nieco większym zbiornikiem.

Poszczęściło się nam w ostatniej stacji w mieście, gdzie udało się w końcu kupić olej napędowy. Pan z obsługi otworzył beczkę, wsadził w nią wąż, zassał ustami trochę paliwa i przełożył wąż do 20l bańki, która służyła jako nalewak. Proces musiał zostać powtórzony wiele razy, bo do zatankowania były dwa, całkiem łase na paliwo, samochody. Butelkowaną wodę też się w końcu udało dostać, choć cena była mocno wygórowana – w przeliczeniu ok. 3 PLN za litr.

W Murghabie znaleźliśmy też „Hotel”, w którym trafiliśmy na otwartą kuchnię. Zamówiliśmy kilka różnych zup, plow (ryż z marchewką i mięsem) i mięso z ziemniakami. Wszystkie potrawy były świeże, ciepłe i pyszne. Hotel oferował też, odpłatnie, jeszcze jedną, jakże cenną dla nas usługę. Za 2 USD od osoby można było wziąć ciepły prysznic, co w warunkach naszej podróży stanowiło nie lada gratkę. Pod hotelem poznaliśmy też grupkę Niemców, którzy zdezelowanym VW camperem podążali podobną trasą jak my, tylko w odwrotną stronę. Nieco niepokojąca była informacja o całkowitym czasie przeprawy przez Morze Kaspijskie – zajęło im to w sumie aż 8 dni. Trudno, może my będziemy mieli więcej szczęścia. Pożegnaliśmy się z Niemcami i wyjechaliśmy z Murghabu szukając dobrego miejsca na nocleg.

Nieco ponad 100km za Murghabem droga się rozwidla. Można kontynuować trasę drogą M41 przez góry lub też wybrać południową „nitkę” Traktu Pamirskiego wzdłuż rzeki Panj i granicy z Afganistanem, przez tzw. Korytarz Wahakański. O korytarzu więcej napiszę w kolejnym poście. My w każdym razie zdecydowaliśmy się właśnie na południową nitkę. Po drodze spotkaliśmy też ekipę 4 motocyklistów z Polski. Jeden z kolegów miał problem z okiem i został przez Anetę poratowany kroplami. Miło było spotkać rodaków w takim nieoczywistym miejscu.

Tę samą ekipę spotkaliśmy jeszcze kilka kilometrów dalej na posterunku nazywanym granicznym. Takich posterunków na naszej trasie było kilka – zamknięty szlaban, dokumenty do kontroli. Wszystkie te kontrole przechodziły bez żadnego problemu, w miłej atmosferze. Panowie spisywali tylko numery samochodu, paszportu oraz wizy i puszczali nas dalej. Raz, czy dwa zdarzyło się, że zostaliśmy puszczeni nawet bez sprawdzania dokumentów. Jedyną niedogodnością było każdorazowe tłumaczenie się, dlaczego nie mamy dzieci. O dokument poświadczający dezynfekcję na granicy jakoś nikt nie pytał…

Widoki w miejscu, w którym droga dojeżdża do rzeki zapierają dech w piersiach. Rwąca rzeka płynie głębokim na kilkaset metrów skalnym kanionie o niemal zupełnie pionowych ścianach. Po drugiej stronie rzeki znajduje się już Afganistan. Po afgańskiej stronie stoją zaś ośnieżone szczyty 6-tysięczników. Całość robi piorunujące wrażenie!

Dla nas była to już końcówka kolejnego, pełnego wrażeń, dnia i trzeba było poszukać miejsca na nocleg. Nie było to zadanie proste, gdyż droga biegła pomiędzy kanionem z rzeką a wysokimi górami. Nie bardzo było gdzie odbić na bok. Udało się w końcu znaleźć ciekawe miejsce, do którego trzeba było zjechać kilkaset metrów niżej niż poziom drogi. Dróżka była stroma i wąska tak, że włos jeżył się na karku. Pokonując pomalutku kolejne jej odcinki zauważyliśmy z Julką, że dziwnym trafem oboje „przytulamy się” w kabinie do lewej strony samochodu, jakby próbując odsunąć się jak najdalej od przepaści po stronie prawej.

Na dole okazało się, że zielone poletka, które braliśmy za łączki są polami uprawnymi. Po polach tych kręciło się dwóch, na pierwszy rzut oka, całkiem sympatycznych mieszkańców okolicznej wioski. Znaleźli nam dobre miejsce na postój na łączce z boku pola i pozwolili zostać tam na noc. Ze starszym rozmawiało się bardzo miło, młodszy wydawał się nieco dziwny. Jeszcze bardziej dziwnie zrobiło się, gdy zaczęli nas wypytywać o to, ile nasze samochody kosztowały, zaglądać do środka i bardzo dokładnie je oglądać. Zadawano nam to pytanie już wcześniej, ale jakoś tym razem wydało nam się to podejrzane. Może na nasze nastroje wpływał fakt, że rzut kamieniem przez rzekę był już Afganistan, który aktualnie nie jest najbezpieczniejszym miejscem na ziemi.

Starszy człowiek gdzieś zniknął, natomiast młodszy cały czas kręcił się w okolicy naszego obozowiska. Gdzieś zadzwonił a rozmawiając przez telefon wspominał coś o turystach. Na drodze, przy ich samochodzie, pojawiło się też więcej ludzi. W pewnym momencie młodszy jeszcze z jednym kolegą przyszedł do nas z pytaniem, czy nie damy im trochę paliwa do diesla, bo skończyło im się w samochodzie i nie mogą odjechać. Nie chcieliśmy okazać niewdzięczności ludziom, którzy pozwolili nam na polance nocować, więc się zgodziliśmy. Marcin pozwolił im wziąć kilka litrów z jego dachowych zapasów. Na pytanie, czy mogą wziąć pół z 20l bańki zrezygnowany przytaknął. Po kilkunastu minutach dwóch, zupełnie innych, młodych chłopaków oddało nam kanister i bez słowa wrócili do dróżki, gdzie stał ich samochód. Kanister oczywiście był kompletnie pusty.

Pomimo uzupełnienia paliwa i uruchomienia silnika, samochód przy dróżce cały czas nie odjeżdżał a przy nim paliło się światło. Zrobiło się ciemno, zaczęły pobłyskiwać w okolicy latarki. W końcu auto odjechało. My w tym czasie rozstawiliśmy obóz i zabraliśmy się za przygotowanie jedzenia. Pech nas nie opuszczał – zaczęło potężnie lać i wiać, obóz musieliśmy więc zwijać w pośpiechu niemal doszczętnie przemoczeni. Atmosfera zrobiła się napięta i nieprzyjemna. Trzeba było iść spać. Mnie cały czas nie opuszczały złe przeczucia, ale Marcin i Aneta wydawali się spokojni, więc nic nie mówiłem.

Położyliśmy się spać. Nie minęło 10 minut, a Marcin uruchomił silnik Patrola. Zastanawialiśmy się po co, ale doszliśmy do wniosku że jesteśmy przewrażliwieni i może chcą podładować akumulatory albo podsuszyć mokre ciuchy. Kiedy jednak odpalili boczne reflektory prosto w nasze okna włączyłem radio i zapytałem o co chodzi. Odpowiedzieli, że w okolicy znowu zaczęły pobłyskiwać latarki i zaproponowali żeby jednak poszukać innego miejsca na nocleg. Nieźle już wystraszeni ochoczo przystaliśmy na tę prośbę. Nastąpiło błyskawiczne pakowanie gratów i przerzucanie ich z przednich siedzeń na tył. Lodówka została na siedzeniu pasażera, więc Julka dalszą drogę spędziła w „przedziale sypialnym”. Uwalony błotem i mokry stolik wrzuciłem gdzieś na szybko i ruszyliśmy w powrotną drogę. Po ciemku, z mocno napiętymi nerwami i w zacinającym deszczu wspięliśmy się ponownie wąską ścieżką do głównej drogi. Oczywiście pech nas dalej nie opuszczał i nagle przestała nam działać część oświetlenia dodatkowego, w tym główny ledbar z przodu.

Zmęczeni, nieco wystraszeni i zmoknięci dojechaliśmy w końcu do „kempingu” czyli szerokiej, pustej polanki przy samej drodze, która była oznaczona na mapie i na której obozowali jacyś Niemcy camperem. Schowaliśmy się jeszcze w zagłębieniu od drogi i wreszcie mogliśmy spokojnie iść spać. Nie wiem, na ile nasze zdenerwowanie spowodowane było naszą wyobraźnią, ale zawsze tłumaczę sobie, że lepiej 10 razy wzniecić fałszywy alarm niż raz nie wzniecić alarmu gdy będzie on jednak potrzebny. Mimo szczęśliwej „ucieczki” nie obyło się bez strat. Julka na poprzednim polu zostawiła pod samochodem na noc parę swoich klapek. Jakoś nie mieliśmy ochoty rano wracać ich szukać.